Przyjezdni badacze kuriozum i pogody, degustujący śnieg po kawałeczku, po
tempie jego rozpuszczania się na rancie języka wyciągają wnioski.
Wyposażeni w termos z gorącą kawą, zaryglowany w kieszeni tak szczelnie, jakby faktycznie
chodziło o życie.
Nie lgnęli się do niczego oprócz ciosów, z rękami przymarzniętymi do przewodników
turystycznych, nie są w stanie wargami wydobyć dźwięków z powietrza, więc
zabierają nimi śnieg, po kawałeczku.
Odchodząc rozpuszczają go sobie w ustach jak uśmiech małego zakłopotania.
Czasem poszeptują z wysiłkiem, że chodzi o efekt motyla, przywrócenie wiosny
oddechem, językiem - nawet, jeśli każdej nocy spada więcej śniegu niż mogliby
rozpuścić we wszystkich ustach i wszystkich myślach o słońcu na bezchmurnym
niebie.
On był inny, jakby śnił odrębne sny, których nie dzieli z nikim, które zachowuje dla
siebie i milczy z nimi tak długo, aż wyraźnym charakterem wpiszą mu się w twarz.
Pojawił się tak, jakby niczego nie chciał rozpuszczać ani smakować.
Był, jakby chciał się przyjrzeć, zatrzymać palec na mapie, dokładnie w miejscu, w
którym stoi.
Jakby świetnie potrafił uruchomić lub zatrzymać tym gestem skomplikowany, lecz bardzo dyskretny mechanizm.
Nikt z nas się nie poruszył, zupełnie jakbyśmy razem pozowali do czegoś znacznie
ważniejszego niż zdjęcie.
Jakbyśmy to my byli wskazówkami zegara słonecznego, budowanego pod lodem na przyszłość.
Wtedy zrozumieliśmy, że tym właśnie jest mamut.
Godzinami, do których my dopisujemy chwilami minuty i sekundy światła na śniegu.
Podróże to rysy twarzy, tworzące mapy z wszystkiego, czego przez chwilę dotyczą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz