Dzieli nas pięćdziesiąty piąty kilometr.
Dłuższy niż ostatnie siedemdziesiąt kilometrów porannej podróży.
Dłuższy niż pół mili między domem a pracą, w której zapominam o Tobie.
Dłuższe niż miliony jardów, o które myle się, wyznaczając przylądek Zielony na mapie.
Chwilami zezwalasz mi podejść do wyznaczonej granicy, od której odbijam się z debilnym uśmieszkiem.
Wiedziałem już prawie wszystko.
Umiałem wyznaczyć wzór na sumę ciągu arytmetycznego,
Tuska i Jaruzelskiego znałem bardziej niż mnie samego,
a nawet dowiedziałem się co oznacza KANTATA.
Potem pojawiłeś się Ty.
I to wcale nie był rok 2010.
Nikt mnie nie ostrzegł,
nikt nie uprzedził,
a w podręcznikach nie mówiono,
że gdy Cie już poznam,
prócz kawy nie zostanie nic.
Mógłbym wybazgrać,
że rad byłbym zniknąć.
Mógłbym napisać,
że letarży mi się miłość,
najszczersza,
i że spanie dzięki temu jest najciekawszą chwilą mojej doby.
Mógłbym napisać,
że już tak zostanie.
Ale to tylko pięćdziesiąty piąty kilometr.
Prawda?