niedziela, 9 grudnia 2012

wyjezdnie

Siedzę na parapecie, po tej zewnętrznej stronie okna .
Na moich kolanach zbiera się coraz grubsza warstewka śniegu , a na udach leżą już lekko zeschnięte skórki mandarynek .
W dłoniach trzymam kubek z kakao , które jak zwykle o tej porze roku smakuje inaczej .
Myślałem o wszystkim . O Tobie , Martynie , Emilii i innych .
Myślałem , bo jesteście ważni . Zawsze byliście .
Odłożywszy mój ulubiony kubek na parapet , strzepnąłem jednym szybkim ruchem skórki mandarynek wraz ze śniegiem , który zbierał się na mnie już dłuższą chwilę .
Przetarłem twarz , zagarnąłem grzywkę do tyłu i skoczyłem ...
Jednak zapomniałem , że to było zaledwie 1,5 metra wysokości .









zanim nadejdzie styczeń, w którym nikt nie uwierzy

mamy sen. mówię: na prawo od ciebie złamałem
grudzień, a ty mógłbyś zaprzeczyć. zima jest blisko, ludzie
chodzą po Nogacie. ptaki zamarzają na chodnikach, gołębie wlatują
przez otwarte okna. nie potrafimy już spać w zamknięciu.
śnią się cudze dzieci, matki naszych matek, ciała nagie i ciepłe,
żniwa w innym kraju.

zdrowaś była Maryjo, bo nie szłaś po kolana w wodzie niosąc
swoich zmarłych. nikłych jak trawa, co więdnie na polu. zdrowaś
Maryjo, bo nie próbowałaś uzdrawiać, stać godzinami w pokoju chorej.
w oddali słychać wystrzały, ale tutaj nie przyjdzie lekarz ani bóg. kobieta
ma gorączkę, kobieta zimna jak rzeźba z lodu. są rzeki, które nie wyrzeźbią
żadnej z dolin, powtarzam nazwy: marusza, ardżesz, jiu.

dzisiaj umyłem ci włosy. zapytałeś, czy rosną także po śmierci.





teraz czas odejść ...